Dzisiejszy wpis zainspirowany został prawdziwą sytuacją z życia wziętą. Rano dzwoni telefon, zaspana odbieram i słyszę:

Dorota, pomóż, bo Ty się znasz!

Oho, coś ze stroną www się dzieje złego – pomyślałam. I miałam rację.

Zacznijmy jednak od początku. Mam koleżankę fotografkę, która jakiś czas temu nieopatrznie zamówiła stronę „u informatyka”. Na jej stronie jest portfolio, a powszechnie wiadomo, że to dla fotografa podstawa w zdobywaniu zleceń. W tym przypadku okazało się, że nie działa ani strona ani mail, ani nic. Koleżanka w desperacji, a wyżej już przywołany informatyk nie daje znaku życia.

Co robić?

Suspended Domain error

Po wejściu na stronę pokazuje się taka informacja.

Pierwsza moja rada to zawsze: „Skontaktuj się z hostingodawcą i/lub twórcą strony„. Proste prawda?

Otóż nie, kiedy okazuje się, że koleżanka dała pieniądze, ma stronę i tyle. Nie wie gdzie ma hosting, nie wie jak się do niego zalogować, a twórca strony zapadł się pod ziemię… Nie ma portfolio, nie ma formularza kontaktowego, ba! nawet maile nie działają.

Dlaczego w ogóle taka sytuacja ma miejsce?

Jak nabić klienta w butelkę?

Już mówię dlaczego, w sumie bardzo łatwo jest to zrobić. Wystarczy wykorzystać niewiedzę klienta – do której ma prawo, nie na wszystkim się musi znać, po to właśnie zleca postawienie strony, żeby nie musiał się tego wszystkiego uczyć – i zwyczajnie nabić go w butelkę.

Niestety to nie jest odosobniony przypadek, bardzo często spotykam się lub słyszę o takich praktykach. „Informatycy” a tak naprawdę web developerzy, czyli po ludzku – ci, którzy stawiają strony – wykorzystują niewiedzę i czasem trochę naiwność klientów. Działają na szkodę klienta z premedytacją.

Pani się nie martwi. Pan będzie zadowolony.

Pod płaszczykiem „ja wszystko za państwa załatwię” kryją się różne niefajne chwyty:

  • niektórzy są resellerami usług hostingowych, w uproszczeniu znaczy to, że wykupują np. większy pakiet u hostingodawcy i potem „podnajmują” jego mniejsze kawałki swoim klientom. To duże uproszczenie. I ok, nie ma w tym nic złego… jeśli jest to robione oficjalnie a nie cichaczem. Po pierwsze taka osoba musi być oficjalnym resellerem danej formy hostingowej. A po drugie klient musi sam zdecydować się czy z takiej usługi skorzysta porównując sobie oferty od różnych dostawców.

 

  • „ja wszystko załatwię” najczęściej kończy się tym, że klient nie otrzymuje danych do logowania na serwer, do panelu hostingowego. Jest odcięty od podstawowej pomocy technicznej. Często może być problem z umową, dostępem, przedłużeniem umowy itd.

 

  • w razie problemów klient pozbawiony jest najszybszej drogi kontaktu z pomocą hostingową. Wszystko musi przejść przez „informatyka”, który może być nieuchwytny. A czas to pieniądz, długotrwała awaria strony internetowej to nie jest pikuś. O niedziałającej poczcie nawet nie wspomnę…

 

  • zdarza się też krętactwo. Niestety. Znane wszem i wobec „u mnie działa” i „to wina hostingu”. Owszem, różne rzeczy się dzieją, czasem faktycznie to hostingodawca ma problem i jest źródłem awarii. Ale czasem, tak jak akurat w tym przypadku, to wina „informatyka”, bo to on nie dopilnował przekroczenia limitu transferu na swoim koncie hostingowym.

 

  • Spotkałam się też z perfidnym ukrywaniem podstawowych funkcji np. WordPressa i żądaniem dodatkowej opłaty za ich „wprowadzenie”. Nawet nie wiem jak to nazwać, dla mnie to jest już po prostu perfidne wyłudzanie.

jak nabić klienta w butelkę

Tak, w przypadku mojej koleżanki wina leżała po stronie informatyka, który robi stronę i umieścił ją na swoim koncie hostingowym nie pytając jej o to ani nie dając jej innej opcji do wyboru. Oczywiście pan tłumaczył się, że to „wina hostingu i on już z nimi rozmawia”. W rzeczywistości stronę kilkukrotnie przenosił na szybko na inne serwery.

Summa summarum strona nie działała przez kilka dni, maile (cała korespondencja z klientami!) przepadły, a duże zlecenie – w sprawie, którego koleżanka czekała na mailową odpowiedź – prawdopodobnie przeszło jej koło nosa.

Kot Kreator lubi czyste sytuacje

Część z naszych klientów dziwiła się, że zawsze namawiam do samodzielnego zakupu domeny, hostingu, motywu itd. Do samodzielnej rejestracji kont na różnych portalach potrzebnych do właściwego działania ich własnej strony. Nigdy nie zostawiam klienta bez opieki i na każdym kroku szczegółowo doradzam! Jednak bardzo zależy mi na tym, żeby klienta od siebie nie uzależniać. Może to nie jest najlepsze biznesowe podejście, bo nie zmuszam klientów, żeby uwiązywali się do mnie, by byli na mnie skazani jeśli zechcą cokolwiek na stronie zmienić lub poprawić. Chcę, żeby byli jak najbardziej niezależni, żeby wiedzieli gdzie mają hosting, jak mają się tam zalogować, żeby mieli wszystkie możliwe dane do logowania w różnych związanych ze stroną miejscach, a jeśli tak zdecydują – żeby mogli ze swoją stroną zwrócić się do kogoś innego, w końcu takie mają prawo.

I wiesz co? Ja jestem zadowolona z mojego podejścia. A co najważniejsze, moi klienci również. Większość z nich i tak do mnie wraca 🙂 A ja mam czyste sumienie, że nie nabijam nikogo w butelkę.